Dawno, dawno temu (ale nie w odległej galaktyce) trafiła do mojej kolekcji płyta ‘The Princess Bride’. Mark Knopfler nagrał ją do filmu o tym tytule – to raczej mało znany u nas album; nie wydaje mi się, żeby w Polsce wiele osób kupowało płyty Knopflera z muzyką filmową. Za często można takie pozycje znaleźć w koszu z przecenionym towarem. Sama “Narzeczona dla księcia” też jakoś u nas nie jest zbyt popularną bajką, może na zachód od Odry zna ją dużo więcej dzieci. Dla mnie – bajka jak bajka, oglądnąłem dla muzyki. I to właśnie do muzyki wracam, nie do filmu.
Album otwierają Once Upon A Time… Storybook Love, piękne i baśniowe, i zamyślone I Will Never Love Again. Dalej mamy utwory, których z filmu w ogóle sobie nie przypominam – brzmiący jak muzyka do ludowego tańca Florin Dance oraz Morning Ride – nie jest to Mozart, jak niektórzy mogliby pomyśleć, ale jak najbardziej “daje radę”. Po nich usłyszymy The Friends’ Song, uroczą muzyczną opowieść. Kolejnych utworów, The Cliffs Of Insanity i The Swordfight, bez towarzyszącego obrazu niestety nie docenimy jak należy. Bez oglądania filmu da się za to słuchać Guide My Sword, zresztą w filmie jest tylko jego krótki fragment, a na płycie mamy całość, przy której można sobie odpłynąć w bajkowe krainy. The Fireswamp And The Rodents Of Unusual Size i następny po nim Revenge to znów utwory z tych najlepiej odbieranych podczas filmu, bo bez obrazu wyobraźnia kapituluje. Na końcu znajdziemy, rzecz jasna, szczęśliwe zakończenie bajki, utwór A Happy Ending. Jeszcze tylko “przebojowa” wersja głównego tematu, czyli Storybook Love, w której zaśpiewał Willy DeVille, i już mamy komplet.
Czy warto odgrzebywać bajki, żeby takiej muzyki posłuchać? To już, jak mawiał główny bohater, as you wish!
Comments
Commenting is closed for this article.