Posted
Comments None

Czasy, kiedy zdarzało mi się udostępniać znajomym coś na serwerku HTTP uruchomionym na prywatnym komputerze, to w zasadzie jeszcze czasy modemów telefonicznych. No ale było miło. Nawet kiedy rozmówcy dawało się nasz bieżący adres IP. A jak już można było dać w tym momencie adres domenowy, we własnej domenie – toż to prawdziwa elita! Nie to co jakieś tam piractwo w domenie DynDNS. Jako że moją domenę utrzymuje FreeDNS::42 – korzystałem z ich gotowego skryptu do dynamicznego aktualizowania rekordów i po prostu działało. Mój serwerek regularnie (dzięki crontab) wywoływał skrypt, więc po tym, jak dostawca zmienił mi adres IP, miałem wkrótce ten adres zmieniony w domenie, a po zwyczajowych 24-48 godzinach na propagację – sprawa była załatwiona automatycznie.

Jak to mówią, tak dobrze żarło, a zdechło… Od niedawna po zmianie adresu IP na bieżący od dostawcy nie da się dostać do usług udostępnianych na moim komputerze pod tym adresem. Choć jak spytamy Google, jaki jest nasz bieżący adres IP, pokaże się nam, że właśnie ten. Co się dzieje? Parę kolejnych pytań do wyszukiwarki i można się domyślić, że pewnie dostawca wykorzystuje teraz Carrier-Grade NAT (CGNAT) i tak już po prostu będzie. A co począć? Przeprosić się z usługami typu DynDNS. Mam konto w No-IP, mój router to obsługuje, potrzebne porty dawno już przekierowałem na routerze, tylko żeby skrypt od FreeDNS jeszcze raczył zamiast domyślnego nowego adresu (który nie zadziała) wziąć sobie ten z No-IP… Oczywiście da się to zrobić. Żeby wywołanie skryptu jako nowego adresu nie brało teraz – jak dotąd – <dynamic> (zewnętrzny adres, który już nie działa), robimy na serwerku coś takiego:

./freedns-dyndns.py --newaddress `dig +short moj_adres.ddns.net`

No i już! “Będzie pan zadowolony!” A tak naprawdę – nic to na CGNAT nie pomoże, chociaż adres w domenie ustawi… Będę się musiał wziąć za tunelowanie, przydałby się chociaż dostęp przez SSH.

PS. Oczywiście mój komputer (serwerek) miał adres domenowy nie tylko po to, żeby było łatwiej łączyć się z nim przez SSH i SCP. Był też na nim serwer www (nginx) z prostą statyczną stroną, która miała certyfikat SSL z Let’s Encrypt. Przez to zrobił się jeszcze jeden problem: odnawianie certyfikatu przestało działać (bo nie ma dostępu do serwera przez port 80). No i teraz certyfikat nie zrobi mi się sam automatycznie. To może chociaż ręcznie?

Z pomocą przychodzi metoda wyzwania DNS-01. Dla jednej domeny i raz na kwartał – mogę tak robić. Na komputerze wywołuję

certbot certonly --manual --preferred-challenges=dns -d mojadomena.net

i otrzymuję zawartość, którą musi mieć nowy rekord TXT _acme-challenge.mojadomena.net. Teraz trzeba przeredagować zawartość strefy DNS swojej domeny, po czym z finalnym wciśnięciem Enter, by zatwierdzić wymianę certyfikatu, poczekać na propagację. Czekanie umili nam link do sprawdzania, czy zmiana już się rozpropagowała:

https://toolbox.googleapps.com/apps/dig/#TXT/_acme-challenge.mojadomena.net.

Gdy będzie widać nową zawartość rekordu – można zatwierdzić zmianę. Na koniec jeszcze przeładujemy konfigurację serwera – u mnie to odbędzie się poleceniem

sudo /etc/init.d/nginx reload

i w końcu będziemy się mogli cieszyć nowym certyfikatem. Jakby tak jeszcze się dało zautomatyzować w konfiguracji DNS dodanie rekordu TXT, byłoby prościej…

Author
Categories ,

Posted
Comments 1

Na dziś wybrałem album, któremu “stuknęło” (jak ten czas leci!) już czterdzieści lat. Hot Space zespołu Queen to dźwięk jakby trochę garażowy, ale jeśli słuchając muzyki, poprzestajemy zwykle tylko na nadawanych w radiu i telewizji przebojach, to niektóre ścieżki mogą być dla nas interesującą nowością. To jednak oczywiste: przeboje będziemy świetnie znać, a innych piosenek mogło się nigdy nie słyszeć, bo obecnie granie i słuchanie całych albumów to już trochę melodia przeszłości. Skoro jednak zdjęliśmy z półki i odkurzyliśmy ten album – słuchamy!

Włączamy Staying Power i już od początku aż chce się “dać głośniej”! Następny jest Dancer – ten utwór brzmi w sposób raczej niedzisiejszy, słychać w nim za to imprezę! Po nim mamy Back Chat, a tego utworku o przekomarzaniu się… również miło głośno posłuchać! No i Body Language – tę dozwoloną od lat osiemnastu piosenkę i jej charakterystyczny basowy rytm, to jednak pewnie już dawno znamy i lubimy, prawda? Kolejny jest Action This Day – może to też niedzisiejsze brzmienie, ale za to jak podrywa do działania! Następna pozycja to Put Out The Fire – niezależnie od tego, czy się wsłuchamy w słowa i pomyślimy przy tej piosence o możliwym ograniczeniu dostępu do broni, czy też pozostaniemy przy słuchaniu gitary Briana i rockowej melodii – mocna to rzecz. Dalej następuje Life Is Real (Song For Lennon) – nie dowiemy się, co John by na ten utwór powiedział, ale parę nutek od The Beatles można sobie tu wyobrażać. Potem usłyszymy Calling All Girls, takie wesołe i pozytywne COŚ – każdy zdecyduje, czy doszukiwać się więcej, czy po prostu pokołysać się do tego rytmu. Pozycja kolejna, Las Palabras De Amor (The Words Of Love), to moje chyba ulubione dzieło z tej płyty – na takich uczuciach trzeba się skupiać, o tym myśleć! Po czym mamy zmianę nastroju, czyli utwór Cool Cat – tę figlarną piosenkę Freddie wyśpiewał tak szalonym falsetem, że przy pierwszym zapoznaniu niektórym aż trudno uwierzyć, że to on; można wręcz pomyśleć o ponownym odsłuchaniu (dla pewności). A na koniec dostajemy Under Pressure, nieśmiertelny przebój Queen, a zarazem duet z drugim panem, którego już nie ma między nami – Davidem Bowie. I to już niestety tyle, bo więcej album nie zawiera.

Co można – tytułem podsumowania – jeszcze powiedzieć? Że to muzyka dyskotekowa, eklektyzm, że dziwaczne, że rewelacyjne? Wszystkiego po trochu albo wszystko powyższe? Cóż… Może lepiej po prostu powiedzieć, że pozostaje mi tylko życzyć miłego słuchania i… wspominania większej liczby starych płyt Queen!

Author
Categories

Posted
Comments None

Dziś “na warsztacie” są Mark Knopfler i jego muzyka do filmu Wag The Dog. Na tylnej okładce figuruje napis “This mini-album has a total running time of 24 minutes and has been priced accordingly”, tyle że jest to napisane drobnym druczkiem, więc przy kupowaniu płytki poza dyskontami spożywczymi proponuję sprawdzić cenę. Ale że to ładny kawał – a właściwie kawałek – dobrego rocka, polecam nabyć i… posłuchać!

Startujemy od Wag The Dog – kiedy już się poznało film pod polskim tytułem “Fakty i akty” (bo dosłowne tłumaczenie jako “Zamerdać psem” wymagałoby, żeby znać chociaż pokazane w pierwszych kadrach motto filmu), ta kpiąca piosenka Knopflera o zabawie z czworonożnym pupilem nie jest już do końca zabawna, choć bardzo miło się jej słucha, a i teledysk (jak i film) warto zobaczyć, bo aktorskie kreacje De Niro i Hoffmana z przyjemnością się ogląda. Następny jest śliczny instrumentalny utwór Working On It (zresztą wszystkie poza pierwszym są instrumentalne), nadający się do testów wzmacniacza i kolumn. Po nim In The Heartland – na tym również można sprzęt testować, bo Mark Knopfler o mało strun nie urywa w niniejszym delikatnym utworku, brzmiącym zupełnie jak stare Romeo and Juliet z płyty Dire Straits Making Movies. Czwarta pozycja to An American Hero – jakby odrobinę podobna do kolejnej piosenki z repertuaru Dire Straits, czyli Iron Hand; utwór niewesoły, ale i tak warto poświęcić te parę minut na okołopolityczne refleksje. Dalej mamy Just Instinct – jest to utwór, który rodzina nazywa niekiedy “ruską melodyjką”, bo przecież takie granie kojarzyć się może trochę z kinem radzieckim. Po nim następuje Stretching Out – pobrzmiewa tu główny temat, ale jest też coś, co kojarzy się z Nobody’s Got the Gun, a to naprawdę miłe połączenie. A potem zaskakuje nas Drooling National – przyjemne małe cudo w stylu… country? No i na koniec mamy We’re Going To War – leciutko kpiący utwór, co przywodzi na myśl występującą w filmie propagandowo-telewizyjną wojnę, której tak naprawdę nigdy nie było.

Niestety to już koniec tego albumu, więc możemy poczuć niedosyt i jeszcze po jakieś inne albumy Markotnego Marka zaraz sięgnąć (albo zarezerwować czas, by przypomnieć sobie film), ale powiedziałbym, że to naturalna reakcja, więc… Miłego słuchania!

Author
Categories

Posted
Comments None

Album, o którym teraz myślę, to jedna z moich Perfekcyjnych Płyt. Tak mówię o nich, bo poza tym, że są świetne, kojarzy mi się to z nadawaną dawno temu audycją Pół Perfekcyjnej Płyty. Co prawda albumu Vana Morrisona A Night in San Francisco tam – o ile wiem – nie było, ale sądzę, że śmiało mógłby się tam znaleźć. Fachowy zespół tu wystąpił – Georgie Fame, Candy Dulfer, John Lee Hooker, no i oczywiście sprawdzona marka, czyli Van “The Man” Morrison. Według Wojciecha Manna – artysta, który utrzymuje swój poziom przez dziesięciolecia, a muzyka Vana to sprawdzona recepta na wszelkie kłopoty. Z jednej strony – niemożliwie długo szykowałem się do recenzji niniejszego albumu. Z drugiej – po co o tak świetnej płycie pisać, kiedy można po prostu jej posłuchać? Zresztą można to zwyczajnie, jak żartobliwie mówiono o dobrych książkach, “mieć na półce i czerpać natchnienie z samej okładki”. Do tego, znowu cytując pana Manna, nie słucham tej muzyki w przerwie i w przelocie, bo szkoda czasu i tej muzyki. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, zatem – słuchamy!

Did Ye Get Healed? – to dopiero pierwszy utwór, a już nastraja pozytywnie! It’s All In The Game / Make It Real One More Time – czyli okazuje się, że utwór pierwszy płynnie przechodzi w dalszy ciąg ładunku pozytywnych emocji. I’ve Been Working to fantastycznie energetyzujący rytm, a I Forgot That Love Existed ma bardzo bluesowy nastrój, choć to akurat nie jest blues, zawiera przepiękne solowe popisy całej ekipy, a i jest w zestawie przypominający Dylana i Hendrixa cytat “Businessmen, they drink my wine” – mmm, pyszności… Dalej mamy Vanlose Stairway / Trans-Euro Train / Fool For You, czyli kolejny pozytywnie nastrajający ładunek – cytując kolegę, od takich koncertów chce się żyć! Potem You Make Me Feel So Free – wesoła piosenka o tym, jak dobrze można się czuć przy bliskiej osobie. Beautiful Vision to znów coś tak rozkosznie kołyszącego, że można tylko się rozpłynąć. See Me Through / Soldier Of Fortune / Thank You Falettinme Be Mice Elf Agin – znowu fantastycznie przyjemny rytm, znowu niesamowite popisy muzyków… Ain’t That Loving You Baby? – następne miłe odcienie uczuć do bliskiej osoby i kołysanie dobrą muzyką w starym stylu. Stormy Monday / Have You Ever Loved A Woman? / No Rollin’ Blues – nawet jeśli nie mamy ani trochę podobnego planu tygodnia, takim kojącym utworem w szewskie poniedziałki na pewno nie pogardzimy, a że i trochę o kimś bliskim usłyszymy – tym bardziej utwór taki nas ukoi. Help Me – jeżeli od naszej miłości potrzebujemy trochę wsparcia, to w tej piosence na pewno je znajdziemy, razem z następnymi popisami solowymi. Good Morning Little School Girl – przy tym nieco zakręconym utworze aż chciałoby się odjąć sobie trochę lat… Tupelo Honey – znów dzieło słodkie jak miód, mmm… A Moondance / My Funny Valentine to klasyka, taniec w blasku Księżyca, po którym… trzeba zmienić w odtwarzaczu płytkę.

Jumpin’ With Symphony Sid – na początku wita nas Georgie Fame, prawdziwy fachowiec, który i zaśpiewa, i świetnie zagra. It Fills You Up to lekko hipnotyzujący utwór o nie bardzo wiadomo czym, ale i tak z miłą chęcią takiego grania zatankuję pełny bak. I’ll Take Care Of You / It’s A Man’s, Man’s, Man’s World zawiera uderzeniową dawkę pięknego bluesa, od tego saksofonu można dostać gęsiej skórki, a końcowy fortepian dosłownie wbił mnie w ziemię. Lonely Avenue / 4 O’Clock In The Morning to również przyjemnie bluesowe, klasyczne nagranie. So Quiet In Here / That’s Where It’s At – rozmarzone wspomnienia z pobytu w ulubionym miejscu z kimś… również przynajmniej lubianym. In The Garden / You Send Me / Allegheny – nawet jeśli nie przemawiają do mnie uduchowione wizje podmiotu lirycznego, to i tak zawsze chętnie się w nie zasłucham, a jako bonus dostaniemy tu muzyczny cytat, Sam Cooke się kłania, wspomnimy jego stare You send me. Have I Told You Lately That I Love You? – czy już mówiłem, że to uwielbiam? Słodki utworek, który ma wiele wersji (poznany przy okazji słuchania albumu Roda Stewarta), ale tę lubię chyba najbardziej; coś na wszystkie skołatane nerwy. Shakin’ All Over / Gloria – chciałoby się powiedzieć, że zabawa dopiero teraz rozkręca się na dobre, tylko że to już niestety koniec albumu.

Gdyby w zestawie była jeszcze płyta trzecia, takiego grania oczywiście też bym posłuchał. Są tylko dwie, ale w przebogatym dorobku Vana pewnie jeszcze niejedno każdy dla siebie znajdzie. Albo może… jeszcze raz to samo? Pozostaje życzyć miłego słuchania!

Author
Categories

Posted
Comments None

Jak to każdy wie i (oby!) pamięta, zmiana oznacza konieczność automatycznych testów regresyjnych, bo inaczej do kodu mogą automatycznie wprowadzić się błędy. A że mój testowy blog na Textpattern ma włączone automatyczne aktualizacje, moja poprawka ręczna po aktualizacji Textpattern zniknęła. Polskie literki z tego bloga też zniknęły. Dobrze, że produkcyjny blog nie aktualizuje się automatycznie… No cóż. Trzeba ponownie zlokalizować miejsce poprawki i zobaczyć, czy wystarczy wykonać ponownie identyczną zmianę w pliku txplib_db.php. Otóż nie wystarczy, bo kod wygląda już inaczej. Ale da się wykonać podobną operację, a łatkę zamieszczam poniżej.

257,270c257
<         if ($this->charset) {
<             mysqli_query($this->link, "SET NAMES ".$this->charset);
<             $this->table_options['charset'] = $this->charset;
< 
<             if (isset($txpcfg['table_collation'])) {
<                 $this->table_options['collate'] = $txpcfg['table_collation'];
<             } else {
<                 if ($this->charset == 'utf8mb4') {
<                     $this->table_options['collate'] = "utf8mb4_unicode_ci";
<                 } elseif ($this->charset == 'utf8') {
<                     $this->table_options['collate'] = "utf8_general_ci";
<                 }
<             }
<         }
---
> 	// removed for MariaDB installation 

Produkcyjny blog pozostawiam na razie bez zmian, na podniesienie wersji o jedną setną numeru i jej załatanie szkoda mi całej minuty roboty…

Author
Categories ,

← Older Newer →