Kącik muzyczny - odcinek nr 03

Posted
Comments None

Kolejną płytą, którą po prostu musiałem mieć, była ‘Barcelona’. Freddie Mercury i Montserrat Caballé wykonali razem coś wyjątkowego i na punkcie porządnego nagrania tego albumu wprost zwariowałem już wtedy, kiedy po raz pierwszy usłyszałem go z kasety. Na której to kasecie przy układaniu utworów nie pomyślano o pozostawieniu razem Guide Me HomeHow Can I Go On, a między nimi przecież nie ma przerwy – nie trafiły nawet na tę samą stronę i były na taśmie pięknie urwane. Dla wielu fanów rocka będzie to za poważna muzyka, dla zatwardziałych wielbicieli opery (do których się nie zaliczam) – za lekka, w każdym razie Freddie z takim repertuarem bardzo mi przypadł do gustu, więc kiedy tylko było można w sklepie dostać tę płytkę w wersji oryginalnej (zamawiało się “z książeczką”, bo oficjalne pirackie wersje, jakie wtedy w sklepach były do nabycia, odróżniało się od oryginałów po tym, że najczęściej czegoś takiego nie miały) – nabyłem i mam do dziś. Na okładce płyty znajdziemy znaczek “ADD”, co znaczy, że oryginał rejestrowano analogowo na taśmie, a cyfrowy był mastering i rejestracja na nośniku – obecnie raczej nie widzimy na okładkach i nie rozpoznajemy słuchem, czy płyta jest AAD, ADD czy DDD (co też nie zawsze determinuje jej jakość, bo nowa koncertowa płyta ADD potrafi być naprawdę bez zarzutu), ale w “Barcelonie” troszkę słychać, że nie jest to w pełni cyfrowy ideał, muzyka symfoniczna ze współcześnie rejestrowanych płyt potrafi brzmieć odrobinę lepiej. Nie ma co się tym martwić, w każdym razie – na komputerowych głośniczkach tego nie usłyszymy. Co nie znaczy, że trzeba próbować, bo to naprawdę nie jest muzyka do odtwarzania na komputerowych głośniczkach… Na czymś lepszym – może nam się wydać, że głośniejsze dźwięki są lekko za krzykliwe i jakby kłują w uszy. Chyba że już usłyszeliśmy tyle decybeli w życiu, że odbieramy wyłącznie basy.

Wyłączamy zatem komórki i wszystko, co mogłoby przeszkadzać w odbiorze, pora na czterdzieści minut skupić się tylko na słuchaniu. Płytę rozpoczyna tytułowa Barcelona, której Freddie podczas otwarcia letnich igrzysk w 1992 roku niestety już nie mógł wykonać osobiście. Dalej jest La Japonaise, przeuroczy utwór, którego w pełni nie docenię, bo japońskiego nie znam ni w ząb. Potem mamy The Fallen Priest, kawałek niczym wyjęty wprost z opery. Ensueño, nastrojowe, chociaż jeśli słyszeliśmy to w pierwotnej wersji (Exercises In Free Love), będziemy mieć kłopot z zachowaniem powagi. The Golden Boy, świetne połączenie operowej opowieści z muzyką gospel. Guide Me Home, piękny duet (który nawet zagościł w jakiejś reklamie, chyba Toyoty), spokojny, nagle przechodzący w żywsze How Can I Go On. I na koniec Overture Piccante, w którym słyszymy tematy z wszystkich utworów na płycie i nie tylko – wpasowany w całość fragment puszczony od tyłu, szalone solo na fortepianie… Krótko mówiąc: cudo.

Miłego słuchania (na dobrym sprzęcie) gdzieś na odludziu!

Author
Categories Muzyka

Comments

Commenting is closed for this article.

← Older Newer →