Kącik muzyczny - odcinek nr 05

Posted
Comments None

Kiedy po śmierci Freddiego już dawno uznałem, że Queen to “rozdział zamknięty”, chociaż zawsze były plotki, że pozostałego materiału wystarczyłoby na jeszcze jedną płytę, pewnego dnia stacje radiowe zaczęły nadawać Heaven For Everyone i… fan po prostu nie może tego albumu nie mieć, ‘Made in Heaven’ zespołu Queen kupiłem, a obecnie mam nawet dwa egzemplarze, bo przy okazji uzupełniania Kolekcji Queen nabyłem i to. Fanom nie trzeba tłumaczyć, czym się różni prawdziwa muzyka od tej wygenerowanej w programie do tworzenia (s)hitów funkcją “ukradnij melodię z…”, a młodzież przydałoby się w tym zakresie edukować, chociaż kiedy słyszę, jaką sobie aplikują ilość decybeli (w pociągu osobowym PKP słychać, co trzy metry ode mnie leci w słuchawkach dousznych takich dzieciaków – chyba już głuche są) i repertuar (różne łomoty w rytmie, który nazywam “na jeden”, czyli jeden takt w kółko, robienie “utworu” z dwóch już istniejących, z własnym wkładem w postaci bredzenia nie całkiem do rymu, itd., itp.), czarno to widzę. No ale zapomnijmy na te siedemdziesiąt minut o utworach do walenia łbem w kaloryfer, pora włączyć porządny sprzęt i wziąć się za słuchanie.

Przypomnijmy sobie końcówkę albumu “Innuendo” i to cichnące przesłanie, że przedstawienie musi trwać… i w tej ciszy usłyszymy niebiańską muzykę, pierwsze akordy It’s A Beautiful Day, w którym przekonamy się, że Freddie czuje się świetnie i nic go nie powstrzyma. Zaraz po nim mamy tytułowy utwór Made In Heaven, który już znamy z płyty ‘Mr Bad Guy’, tym razem zaprawiony dużą dawką solidnego rocka. Następnie gospelowy Let Me Live, w którym znów razem śpiewają Freddie, Brian i Roger. Dalej przejmujący Mother Love, którego Freddie już nie mógł sam dokończyć, po którym pociesza nas prosty utwór My Life Has Been Saved. Następne jest I Was Born To Love You, zagrane razem z zespołem, jeszcze bardziej rozrywkowe niż solowy oryginał Freddiego. Potem Heaven For Everyone, o tym, jaki nasz świat mógłby być. Too Much Love Will Kill You, które lubię w tej wersji o wiele bardziej, niż oryginał Briana. Odrobinę dyskotekowe You Don’t Fool Me, którego nie lubię, ale chyba wyłącznie z powodu teledysku, utwór jest całkiem znośny. Na koniec mamy A Winter’s Tale, urocze jak górski krajobraz na okładce płyty, a potem wracamy do motywów z pierwszego utworu – It’s A Beautiful Day (Reprise), tym razem z domieszką ciężkiego rocka, po czym następuje niespodzianka – płytę zamyka jedyny ambientowy utwór Queen, bez tytułu, nieobecny w spisie utworów (spotkałem też, o zgrozo, pirackie kopie albumu bez niego), dwadzieścia dwie minuty wyprodukowanej w niebiosach muzyki, której można słuchać obok wycelowanego w niebo radioteleskopu, przy okazji życząc Brianowi owocnych obserwacji.

Miłego odrywania się od chłamu, który dzieci puszczają z komórek na ulicy!

Author
Categories Muzyka

Comments

Commenting is closed for this article.

← Older Newer →