Kącik muzyczny - odcinek nr 22

Posted
Comments None

Poświęcony mojej płytotece kącik długi czas spędził w wirtualnej szufladzie. Słuchanie całych albumów to piękna rzecz, ale rzadko można teraz czemuś poświęcić tak wiele czasu w jednym kawałku. Ulubione audycje dostarczają tylu ciekawych rzeczy do słuchania, że samo odsłuchiwanie zaległości zajmuje mi prawie wszystkie chwile poświęcone muzyce. No ale przecież kiedyś trzeba się za ten miły obowiązek wziąć. Czas na to trzeba zorganizować, bo po prostu warto. Wychodzi na to, że do albumów w końcu będę musiał zacząć stosować podejście, które sprawdziło się przy słuchaniu nagrań – zakładki. Mam “rozpiskę” wszystkich audycji i wiem, na czym którą audycję skończyłem. I w ten to właśnie sposób posłucham wreszcie czegoś w całości, chociaż na raty. Inaczej się pewnie nie da.

Biorę więc na warsztat coś przyjemnie relaksującego. Dziś wystąpi one of the finest musicians of our time, a do tego bardzo słodka i dość niedzisiejsza muzyka, czyli Kenny G i jego płytka Breathless. Muzyk jest naprawdę fachowy (niektórzy nadawani w radiu “twórcy” powinni się trzymać z dala nie tylko od saksofonu, ale nawet od sampli saksofonu), muzyka tak słodka, że należałoby ją serwować z gorzką kawą, utwory (z użyciem małej, jak na obecne czasy, ilości perkusyjnych “przeszkadzajek”, bo to jeszcze wiek dwudziesty) są w większości instrumentalne, ale – jak powiedziałby redaktor Owczarek – “nagrania instrumentalne mają tę przewagę nad wokalnymi, że nie śpiewa tam wokalista”… No cóż, będziemy patrzeć na tytuł tylko w poszukiwaniu inspiracji dla wyobraźni. Słuchamy!

Utwór pierwszy – The joy of life – faktycznie rozbrzmiewa czystą radością. Forever in love – słyszy się w tym coś z czułości, coś z nieśpiesznego cieszenia się tym, co jest, tym, co się ma… Deszcz z In the rain padał chyba w ciepły dzień, gdy szło się pod wspólnym parasolem. Sentimental – dobrze to pasuje do przeżywania wszelkich sentymentów. By the time this night is over – Peabo Bryson tu wyśpiewuje uczucie właśnie rozkwitające, End of the night – czyżbym słyszał żal, że ta noc już się skończyła? Alone brzmi niewesoło i raczej nie chciałoby się tak pozostać samemu… Morning – musiał to być piękny poranek! Even if my heart would break – gorące uczucie, któremu przeszkody niestraszne, wyśpiewuje Aaron Neville. Dalej mamy skoczny G-Bop – czyżby Kenny chciał brać się za jazz? Zadumane Sister Rose dziwnie kojarzy mi się ze Stingiem i z Sister Moon. Prześliczne A Year Ago przekonuje, że musiał to być dobry rok, skoro sprawił tyle radości. Homeland – ach, nie ma jak w domu! Po tym utworze gra relaksujące Natural Ride – obojętnie, czy skojarzymy to sobie z czymś, co podąża swoją drogą i zwykłym biegiem rzeczy, czy może pomyślimy po prostu o jeździe na oklep na koniu. No i na koniec mamy The Wedding Song, jak dobrą wróżbę na przyszłość.

Zrelaksowany i w nastroju smooth jazzowym – życzę miłego słuchania!

Author
Categories Muzyka

Comments

Commenting is closed for this article.

← Older Newer →